Od 1 października mieszkam na łodzi. Skąd się na niej wzięłam i dlaczego zdecydowałam się na taki pionierski sposób życia? I jak wygląda moje życie na łodzi w Gran Tarajal? Jeśli marzy Ci się mieszkanie na łódce, koniecznie przeczytaj ten wpis.

W poprzednim wpisie opowiadałam o mojej pierwszej bazie na Fuenteventura i o miejscowości Costa Calma. Tam zaczęłam swoją przygodę z kolejną kanaryjską wyspą. Jeśli jesteś ciekaw szczegółów zajrzyj tutaj.
Za każdym razem, kiedy pojawiam się w nowych miejscach, zawsze szukam kontaktów poprzez grupy polskie na Facebooku. Uruchamiam też wspólne znajomości. Tym razem udało mi się poznać bliskich znajomych Kasi Wrony, polskiej artystki w Portugalii, o której pisałam TU. Tak naprawdę, to dzięki niej zaczyna się ta cała historia z łodzią 🙂


To, że posiadanie przyjaciół w różnych miejscach na kuli ziemskiej jest fajne, nie trzeba nikogo przekonywać. Pomocne jest też to, że ci znajomi mogą poznać cię ze swoimi znajomymi i tak było tym przypadku. Kiedy Kasia dowiedziała się, że lecę na Fuertę, otrzymałam od niej krótką, acz konkretną wiadomość:

Koniecznie zadzwoń do Magdy i Grzesia. To super ludzie”.

I podała numer telefonu. Oczywiście zadzwoniłam. Podczas rozmowy z Magdą nie omieszkałam wspomnieć o próbach znalezienia niskobudżetowego mieszkania na dłużej. Magda nie zawiodła i ponownie okazało się, że tzw. poczta pantoflowa i wspólni znajomi, to jeden z bardziej skutecznych sposobów, kiedy potrzebna ci pomoc. Informacja, którą przekazała mi Magda dotyczyła pewnej old schoolowej polskiej łodzi, która cumuje w marinie Gran Tarajal. Łódź jest w tej chwili pusta, bo właściciel aktualnie przebywa w Polsce.
Szybko zorganizowaliśmy ‘viewing‘ czyli obejrzenie łodzi (z Costa Calma do Gran Tarajal dostałam się autobusem nr 1 – czas ok. 40 min) i tego samego dnia zdecydowałam się ją wynająć na miesiąc, a może i dłużej… .


Na łódkach pomieszkiwałam dawno temu w Polsce, kiedy pływało się po jeziorach. Nie była to więc dla mnie zupełnie nieznana opcja, natomiast nigdy nie mieszkałam na łodzi w marinie na Kanarach 🙂 Trochę głupio byłoby nie skorzystać z takiej możliwości. Tak też zaczęła się moja przygoda z małym domkiem na wodzie. W końcu jak przygoda, to przygoda!

życie na łodzi
*Ciekawa jest sama historia tego jachtu. Karfi został zbudowany w stoczni szczecińskiej we wczesnych latach 70-tych ubiegłego wieku (w tajemnicy powiem Wam, że ma dokładnie tyle lat co ja. Nie znam tylko znaku zodiaku ;);) Jeśli interesujesz się żeglarstwem i masz sentyment do takich jednostek w stylu vintage, Karfi może Ci się spodobać. Co więcej, Karfi jest na sprzedaż! Mogę skontaktować Cię z właścicielem – daj znać przez formularz kontaktowy tutaj lub przez messengera na FB. .

*TUTAJ przeczytasz artykuł o Karfim .

Życie na łodzi


Jak się żyje na takiej łodzi? Bardzo fajnie! Oczywiście trzeba się przyzwyczaić do gabarytów i ograniczonej przestrzeni, ale fakt, że mogę pracować na jachcie, w takim klimacie, tuż przy oceanie i miasteczku, w którym jest wszystko, co potrzeba, sprawia, że na razie taka opcja bardzo mi się podoba.

życie na łodzi
Mój ‘home office’ na łódce

Oczywiście czasem bywa mniej komfortowo. 2 tygodnie były bezproblemowe. Większość osób na początku pytała mnie, czy bardzo buja, więc odpowiadam, że przez 2 pierwsze tygodnie nie bujało. Fakt, po wyjściu na ląd podłoże się trochę kołysze, ale to normalne. Doświadczyłam tego żeglując po jeziorach w Polsce. Błędnik trochę szaleje, ale dramatu nie ma. W ubikacji czy pod prysznicem czasem może zarzucić lub podłoga się lekko huśta, ale nic poza tym.

życie na łodzi
Marina nocą


Ostatnie 2 dni były jednak krytyczne. Ocean był dość niespokojny i wszystkie łódki w porcie ‘chodziły’. Nie wiem, czy przyczyną była pełnia księżyca, która jak wiadomo w dużym stopniu wpływa na morza i oceany, czy silna burza magnetyczna dochodząca wówczas do Ziemi. I nie to jest najgorsze – czyli to bujanie, ale odgłosy temu towarzyszące, bo łódź obija się wtedy z impetem o keję jak piłka i potwornie wtedy skrzypi. Nie są to też skrzypnięcia jednostajne tylko randomowe i bardzo głośne, więc spanie w takich warunkach jest niemalże niemożliwe. Te dwie ostatnie noce na łodzi sprawiły, że zrozumiałam, dlaczego żeglarze i marynarze tyle piją! Bo tego się nie da na trzeźwo ogarnąć. Zwłaszcza kiedy jesteś na środku oceanu i nie wiadomo kiedy znajdziesz się na lądzie, a Twój organizm domaga się względnego spokoju 🙂 Tak więc te dwie wspomniane noce trochę mnie zmęczyły, ale za to następna już była idealna -cicha, spokojna, bez żadnych efektów akustycznych i kinetycznych 🙂

Moi sąsiedzi

W marinie przebywa towarzystwo międzynarodowe. Jest też spora społeczność polska. Np. przy sąsiedniej kei na swojej łodzi mieszka Magda z partnerem. Magda jest psychologiem i robi, m.in. sesje dźwiękowe przy pomocy mis tybetańskich i gongu. Zerknij TU i zobacz, co zgromadziła na swojej łódce! Mało tego, Magda niebawem zostanie mamą!

Obok mnie mieszka inna dziewczyna, która wieczorami przygrywa na ukulele 😉 Wokół słyszę język angielski, francuski i oczywiście hiszpański.

A co z myciem i siku?


W marinie, tak jak i na każdym campingu, są publiczne łazienki, więc nie ma z tym problemu. Prysznice są dość orzeźwiające, bo nie ma w nich gorącej wody. Jest tylko jeden kran, który uruchamia wodę o letniej temperaturze. Nie jest to woda lodowata, ale ciepłą też bym jej nie nazwała. Po prostu trzeba się przyzwyczaić. W tym klimacie nie jest to jakoś bardzo uciążliwe, bo każdego dnia jest gorąco (na koszulkę na ramiączkach i krótkie spodenki). Na łódce mam też mini zlew (-ik), więc nie muszę biegać z każdym kubkiem czy widelcem do mycia w łazience.

życie na łodzi
Przy sąsiedniej kei takie klimaty…

Gdzie gotujesz?


To jest proste. Grześ udostępnił mi taką fajną mini kuchenkę na butlę gazową wielkości środka na karaluchy lub dużego dezodorantu. Kosztuje 1.50 € i wystarcza na kilka sesji gotowania (ok. 2 tyg.)
Ja korzystam z niej rano, aby zrobić kawę i średnio co 2 dni gotuję jednogarnkowe danie na 2 dni. Jeśli chcesz zobaczyć przykład moich kulinarnych wyczynów na łódce – zerknij tu.

życie na łodzi
Cudowny napój, którym zaczynam każdy dzień 🙂

A gdzie robisz pranie?

W miasteczku jest wypasiona pralnia samoobsługowa nowej generacji o nazwie Speed Queen 🙂 World No.1 in self-service laundry.
Znajdują się tam 4 pralki (jedna aktualnie nieczynna) – 3 na duży wsad do 12 kg i jedna mniejsza do 8 kg. Oprócz tego są też 4 suszarki. Pranie trwa 30 min i środki piorące są już w cenie. Wszystko odbywa się automatycznie.
Na ekranie trzeba wybrać opcję prania czy suszenia, płaci się kartą, banknotami lub monetami, lub kartą lojalnościową tej firmy, ale ja jej na razie nie posiadam. Pranie małe kosztuje 4€, duże 5,50€. Z kartą lojalnościową wszystko jest tańsze o 50 eurocentów. Suszenie kosztuje 1.50 € za każde 10 min -maksymalnie można suszyć 50 minut przy jednym podejściu. Ja zrobiłam ten błąd, że wybrałam cykl 30-minutowy, co było zupełnie niepotrzebne, bo w tym klimacie przy lekkich rzeczach w zupełności wystarczy 20 min.
Jest też oddzielna pralka dla ubranek dla zwierząt 🙂

życie na łodzi
Pralnia automatyczna w Gran Tarajal

Gdzie na zakupy?


Gran Tarajal to typowe pueblo, czyli miasteczko zamieszkane głównie przez miejscowych. Brak tutaj hoteli, restauracji oraz innych atrakcji stworzonych pod kątem turystów. I to jest super, bo wszystko, co funkcjonuje w mieście ma ułatwić życie miejscowym. Ceny też są inne niż np. w Costa Calma.
Na zakupy chodzę do dwóch dużych supermarketów: Eurospar lub Super Dino. Jeśli planujesz dłuższy pobyt w jakimś miejscu i masz do wyboru te właśnie sieci, to najlepiej pooglądaj dokładnie ten asortyment, który Cię interesuje i sprawdź ceny w obydwóch, bo może się okazać, że na jednej konkretnej rzeczy jest 1 euro różnicy. Jeśli kupujesz tę rzecz często, to robi się z tego spora suma. Ja np. wyczaiłam takie widełki w cenie hummusu, który jem codziennie: w Dino 1.05-1.30 €, w Sparze ten sam hummus 2.20 €. Ponadto w Dino jest ich większy wybór – różne pojemności i smaki. Zatem tam robię zapasy hummusu 🙂
W Costa Calma SPAR miał fajną opcję gotowych dań na ciepło, codziennie świeżych. Kiedy nie chciało mi się gotować, kupowałam warzywa na patelnię, już zrobione. Niestety, nie ma tego tutaj, ale za to jest “Sparowa” kafejka, w której można nabyć dwudaniowy obiad za 8€. Jeszcze nie próbowałam (mają też wersję wege) – może kiedyś przetestuję.

Zakupy przynoszę w plecaku, ale pomoc zaoferował też Moizes, Peruwiańczyk z polskim obywatelstwem, który mieszka niedaleko. (Polacy na wyspie to temat na oddzielny wpis, który być może powstanie ;). Moizes przywiózł mi niedawno 8 litrową wodę, bo tę spożywam tylko z butelki. Woda kranówa nie jest najlepszej jakości, wiec do gotowania i picia korzystam tylko z wody butelkowanej. A tę nabywam w supermarketach. Najtaniej oczywiście kupić butlę 5 lub 8 litrową.

Co można robić w Gran Tarajal?

To typowe pueblo z całą niezbędną do życia infrastrukturą. Jest tutaj dużo barów i knajpek dla mieszkańców, sklepy, punkty usługowe, klinika weterynaryjna, wspomniana już pralnia, dworzec autobusowy, dom kultury itp. Jest nawet Centrum Edukacji Dorosłych, w którym od tygodnia jestem bywalcem, ponieważ zapisałam się na bezpłatny kurs języka hiszpańskiego dla obcokrajowców. Zerknij tutaj 🙂

Podobno przed “pandemią” było to dosyć znane centrum kulturalne, odbywały się tutaj koncerty, festiwale, pokazy itd. Niestety, teraz wszystko zamarło. Nawet 12 X, w Dzień Kolumba, na który przypada najważniejsze święto narodowe Hiszpanii, przez miasteczko przeszedł jedynie zespół bębniarzy i trębaczy z epoki podbojów korsarskich. O pozostałych otwartych imprezach można było zapomnieć :/

A jest tam plaża?


W Gran Tarajal jest duża szeroka plaża przy deptaku, z prysznicami i drewnianymi podestami prowadzącymi do oceanu. Bardzo ją lubię, bo nigdy nie jest na niej tłoczno, a wręcz, jak na miasteczko tej wielkości, jest zaskakująco pusta. Często w drodze na zakupy, kiedy jest już bardzo gorąco, a ja zdążę się zgrzać i spocić 😉 , wskakuję do oceanu dla ochłody. To jest boskie: w drodze do SPAR’a móc popływać w ciepłym oceanie. Właśnie ta woda jest niewiarygodna. Ja jestem bardzo wymagająca jeśli chodzi o temperaturę, zazwyczaj stoję 15 min na brzegu, aby się przyzwyczaić, jednak tutaj upały sprawiają, że wskakuję do niej jak do wanny. Woda jest orzeźwiająca, letnia, nic nie drętwieje z zimna jak np. w Portugalii, gdzie ocean jest po prostu lodowaty. Tutaj jakość kąpieli jest rewelacyjna! Ciekawa jestem czy taki stan utrzyma się do zimy, czy może przyjdą jakieś zimne prądy?

życie na łodzi
Plaża w Gran Tarajal

CDN

Sprawdź, bo warto 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *