Można by rzec, że zaczynam kompletnie nowy rozdział w swoim życiu. Z decyzją o rzuceniu pracy w Polsce i wyjeździe zmagałam się bardzo długo. Dojrzałam podczas wakacji w Grecji. (przeczytaj http://nigdyzapozno.pl/23-lipca-dzien-wloczykija-czyli-o-tym-co-sie-wydarzylo-5-lat-temu/ )

Wiele osób mnie pyta jak to było, kiedy postanowiłam odejść z pracy i wyjechać z PL. Ano nie było łatwo. Ale jeszcze trudniej byłoby mi zostać. Zatem decyzja była oczywista. Od momentu podjęcia decyzji do faktycznego wyjazdu mineły niecałe dwa miesiące. Oj, dużo się wtedy działo. Internet aż furczał od poszukiwań inspiracji i alternatywy. Nie wiedziałam gdzie i w jakim celu, ale wiedziałam, że muszę. W tym czasie odbyłam m.in dwie rozmowy na Skype ze szkołami językowymi w Chinach, kilka rozmów z właścicielem pubu w Szkocji, wysłalam milion maili w sprawie pracy w różnych krajach i przeżyłam kilka ataków paniki, głównie o 4-5 rano 🙂 W końcu i tak stanęło na czymś zupełnie innym… .

Słowo się rzekło, kobyłka u płotu w … Portugalii🙂

Jest 20 września 2014.

Najtańszym połączeniem Polski z Portugalią na ten dzień okazał się czarter Rainbow Tours z Warszawy do Faro (południowe wybrzeże). W Portugalii są tylko trzy lotniska, więc wybór jest ograniczony. Jako, że musze się dostać w okolice Lagos, Faro jest najbliższą opcją.

Acha, tanie linie są tylko z pozoru 'tanie'. Faktycznie, cena może być konkurencyjna, ale tylko jeśli podróżujesz z bagażem podręcznym-to tak na marginesie. Poza tym nie zawsze istnieje bezpośrednie połączenie z Twojego lotniska do miejsca docelowego.

Przed wyjazdem zaklepałam sobie nocleg u host’a na couchsurfing’u. Pomimo, że potwierdzałam go jeszcze 2 dni wcześniej, po wylądowaniu czeka na mnie lakoniczny sms o tym, że pan musiał wyjechać do Lizbony i nie może mnie przenocować. Na tym właśnie polegają minusy ‘kanapowego spania’. I co z tego, że za darmo?… To pierwszy raz, kiedy zostaję 'wystawiona' przez kogoś CS, no ale to nie koniec świata. Udaję się więc do punktu Informacji Turystycznej na lotnisku i tam sympatyczna i bardzo pomocna pani pomaga mi zarezerwować jakiś dostępny hostel w mieście. Dzwoni do nich i po kilku minutach wiem, gdzie i jak mam się tam dostać. Hostel 33 jest tuż przy stacji kolejowej w samym centrum, a autobus z lotniska ma przystanek dosłownie vis-à-vis. Nocleg w sali 4 osobowej kosztuje 20 euro. Śniadanie jest wliczone w cenę-można sobie je zrobić samemu z podanych produktów: pieczywo, masło, dżem, powidła, miód, nutella, masło orzechowe, owoce, musli, płatki, mleko etc….Minusem są okna wychodzące na ulicę i hałas samochodów i przelatujących bez przerwy samolotów. Ale w pokoju jestem sama i ogólnie o tej porze roku, w środku tygodnia hostel jest zupełnie opustoszały. 

Dnia następnego decyduję się na pociąg o 12.40 do Lagos, więc po wymeldowaniu z hostelu mam ponad 2 godziny wolnego czasu, aby pospacerować po mieście. Chodzę, chodzę i zdecydowanie zmieniam zdanie o Faro. Po prostu zaczyna mi się to miejsce podobać! Kilka miesięcy wcześniej, kiedy w Faro byłam tylko tzw. przelotem zobaczyłam zaledwie niewielki fragment, zdominowany przez post socjalistyczną architekturę. Tymczasem okazuje się, że Faro ma bardzo ładną starówkę, urokliwe zaułki, mury obronne, białe domki, piękne krzewy itd…Udaje mi się też trafić na dworzec PKS w… bramie, który wzbudził moje zdziwienie podczas poprzedniej wizyty. Autentycznie, dworzec autobusowy z zewnątrz wygląda jak kamienica, więc łatwo go przeoczyć. Okazuje się, że obydwa dworce są tuż koło siebie, ale wtedy jakoś nie zwróciłam na to uwagi.

Pociągiem do Lagos jedzie się niecałe 2 h. Jest to odcinek 76 km, więc samochodem byłoby szybciej, ale Hiszpanka z blablacar jest już full zabukowana. Pociąg zatrzymuje się dość często-stąd tak stosunkowo długa podróż. W Albufeirze wsiada osobliwa para osób-ciemnoskóry rastaman w wieku przed 40, a z nim starsza kobieta w wieku ok. 60 typu dzidzia piernik ewentualnie dziecko kwiat (kiedyś, wcześniej na pewno:)-czapeczka bejsbolówka, krótkie spodenki nisko zawieszone w kroku, klapeczki. Obydwoje najarani i wesolutcy. Kobieta pociąga z gwinta jakiś alkohol, chyba porto, a koleś co chwilę wychodzi do WC, żeby się sztachnąć skrętem:) Wychodzi i puszcza nosem kłęby dymu. Zabawny widok. Co dziwne, facet jest towarzyski, wita się co chwilę z ludźmi, którzy go najwyraźniej znają. Konduktor też się uśmiecha, znaczy to, że tę trasę pokonują dość często. Acha, obydwoje rozmawiają po angielsku. Portugalia NAPRAWDĘ mi się podoba!:) Pociąg przez ostatnie 30 min jedzie wzdłuż oceanu i to jest miód na moje oczy! Wybrzeże Algarve jest przeurocze.

Algarve
Lagos

Tak jak ustalone, Inge, Holenderka, moja workaway’owa gospodyni, na której zaproszenie jade, wyjeżdża po mnie na dworzec w Lagos. W zasadzie to nie wiem, jak wygląda, ale widzę szczupłą blondynkę, która z uśmiechem na mnie patrzy, więc do niej podchodzę i pytam czy jest Ingą, a ona mnie czy ja to Agata i wszystko się zgadza. Wsiadamy do białego jeepa w stanie opłakanym:) i mkniemy do Quinty. Od razu rozmowa się klei, widać że to super fajna babeczka. Sukcesywnie dowiaduję się różnych ciekawych szczegółów na jej temat ( i całej rodziny) i jest to naprawdę fascynująca opowieść. Inge potrafi mówić w 5 językach. Pierwszy moment kiedy czuję się zakompleksiona i takich jeszcze będzie kilka… .

Podjeżdżamy do Quinty, a konkretnie do miejsca, w którym zakwaterowani są Wooferzy vel Workaway’owcy. Okazuje się, że drugą wooferką jest druga Inge, też Holenderka, która jest już na miejscu od 2 tygodni. Po portugalsku 'quinta' to to samo, co w hiszpańskim 'finca' a więc dość spory dom za miastem i kawał ziemi, najczęściej w formie organicznej farmy, sadu, ogrodu i zagrody dla zwierząt.

Początkowo jestem przerażona przyczepą kempingową, w której mam mieszkać, ale po rozpakowaniu i ułożeniu rzeczy w odpowiednich schowkach i półkach uznaję, że da się żyć. Nie odbiega to niczym od zwykłego campingu, w którym kiedyś przecież czynnie brałam udział, natomiast można przyjąć pozycję stojącą, jest stolik, łóżko, mała szafa i mini lodówka. Kuchnia zorganizowana jest w campervanie; kiedyś była to mobilna kuchnia na kółkach, która z zewnątrz wygląda jak ciężarówka. Wszystko przypomina mi szalone lata 70-te i dzieci kwiaty, które sobie podróżowały w ten sposób po całej Europie. Inge i jej rodzina najwyraźniej robili to już nieco później, bo wszędzie są rysunki ich dzieci, nawet szafki w kuchni są ozdobione kolorowymi dziecięcymi bohomazami, a najstarsze ma dopiero 20 lat. Najmłodszy Yorik -14.

Wieczorem Inge zaprasza mnie na wspólną kolację u nich na tarasie. Przyłączają się do nas jeszcze Kirstin i Mike z Austrii, którzy są tutaj gośćmi (wynajmują apartament). Ok. 22-giej jedziemy do Lagos na otwarcie wystawy w Centrum Sztuki. Ok. północy wracam z Austriakami do quinty, bo ledwo żyję ( w sumie dla mnie jest już godzina do przodu) a był to dzień pełen wrażeń, więc odpływam szybko. CDN…

Moja miejscówka w Portugalii

Zdecydowałeś się przyłączyć do workaway’a? Skorzystaj z tego linku: www.workaway.info/invite/9E4AXCB1

*Jeśli interesuje Cię, jak tanio podróżować w każdym wieku i mieć z tego frajdę – polecam Ci mojego e-booka, o którym więcej dowiesz się w zakładce SKLEP

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *