Po wyjeździe z Porto przyszedł czas na… Cardiff. Wiem, wiem… Nie jest to najlepsza zmiana, jeśli mamy na myśli piekną, słoneczną i ciepłą Portugalię, która faktycznie taka jest wiosną, latem i jesienią. Jednak pamietać należy, że północ Portugalii w grudniu dość mocno rozczarowuje pogodą. W Porto byłam szczęściarą i przez dwa dni mojego pobytu cieszyłam się słońcem i przyjemną temperaturą. Po wyjeździe w góry często padał deszcz i było potwornie zimno ze względu na dużą wilgotność. (po szczegóły zajrzyj do poprzedniego wpisu: http://nigdyzapozno.pl/1518-2/) To co było najbardziej dokuczliwe, to brak ogrzewania w domach! Nie pojmuję, ale tak jest w portugalskich domach starego typu.
Zatem – moją decyzję o wyjeździe do UK możnaby nazwać skokiem z deszczu pod rynnę.
I tak było. Niech nie zwiedzie Was tytuł tego wpisu – niestety nie były to Święta w śnieżnej Snowdonii w góskiej chacie z kominkiem.

Zawsze kiedy wracam do UK czuję się trochę schizofrenicznie. W Cardiff mieszkałam kiedyś przez pół roku, więc kiedy pojawiam się tam ponownie, mam poczucie bycia trochę u siebie, ale jednak wciąż nie jest to mój dom i zapewne nigdy nie będzie. Wiem jak się poruszać, mam swoje ścieżki i znam charakter miasta, ale wciąż nie mogę go nazwać moim miejscem na ziemi.

Skąd wzięłam się w Cardiff tym razem?  Powodów było kilka. Po pierwsze uzbierało sie kilka spraw formalnych, wymagających mojej obecności na Wyspach. Wiecie, Brexit i takie tam 😉 Po drugie miałam zapewnione ciepłe, przytulne lokum w pokoju mojej siostrzenicy, która studiuje na Cardiff Uni. Ważna sprawa po zimnej Portugalii 🙂Tu mogłam w spokoju i cieple (!) nadrobić zaleglości w pisaniu. Po trzecie – po raz pierwszy w życiu postanowiłam zbojkotować Święta i całe to okołoświąteczne wariactwo. Tak oto 16 grudnia 2019 roku wylądowałam w Bristolu. Stąd, spod samego terminala autobusem National Express dostałam się do Cardiff i wysiadłam przy campusie uniwersyteckim, gdzie miałam swoją bazę. Cała podróż z drzwi do drzwi w Arcos de Valdevez do Cardiff zajęła mi 12 godzin. Miasto przywitało mnie znajomą czernią mokrych ulic i dekoracjami świątecznymi. Winter Wonderland znajdowało się 10 min od domu.
Kto lubi łyżwy, atmosferę wesołego miasteczka, śmieciowe jedzenie z budki i grzańca – będzie wprost zachwycony 😉 Podczas mojej wizyty Winter Wonderland bardziej przypominał Winter Waterland (bo lało :). Panowie z obsługi w rytmie piosenek ‚christmasowych’, w tym „Last Christmas” robili co mogli, rozpylając w powietrzu białe wiórki ‚czegoś tam’  imitujące śnieg.

Butu Park, Cardiff Castle

Z czym kojarzy mi się Cardiff?
Pogodowo z wiatrem i deszczem i wieloma codziennymi zmianami aury. Bywa tak, że rano jest słonecznie, a dwie godziny póżniej nadciągają wstrętne chmurzyska i przez resztę dnia leje.
Bywają też miłe niespodzianki, tak jak np. w Boże Narodzenie, kiedy przez cały dzień było słonecznie, a błękitny kolor nieba fajnie wyszedł na zdjęciach.

Cardiff zawsze też przywodzi wspomnienia o ludziach, których poznałam mieszkając tu kilka lat wcześniej. Wtedy, m.in. udzielałam lekcji angielskiego rezydującym tu Polakom. Tak poznałam Arka… . 

Chcesz wiedzieć co było dalej, przeczytaj kolejny wpis. 

jelonki Cardiff

 

*Jeśli interesuje Cię, jak tanio podróżować w każdym wieku i mieć z tego frajdę – polecam Ci mojego e-booka, o którym więcej dowiesz się w zakładce SKLEP .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *