Kiedy opowiadam o moich podróżach i włóczykijstwie, często znajomi i nieznajomi pytają mnie jak ja to WSZYSTKO ogarniam. Zdefiniujmy: wszystko. Otóż chodzi oczywiście o kasę, logistykę, wiedzę gdzie co i jak, no i ODWAGĘ.

Paolo Coehlo

Odpowiem krótko: parafrazując Paolo Coelho – najważniejszym elementem w tym wszystkim jest odwaga lub raczej chęć, determinacja, travel bug, aby zobaczyć nowe miejsce, doświadczyć czegoś innego, wzruszyć się patrząc na nieziemski krajobraz czy też poznać ciekawych ludzi. Jeśli to wszystko masz w sobie – z całą resztą dasz sobie radę. Wspominałam o tym w moich wcześniejszych wpisach.
Ogromnym wsparciem są kontakty z lokalsami, dlatego – jeśli wciąż masz obawy i chcesz się poczuć pewniej – polecam do znudzenia couchsurfing (przy zachowaniu zdrowego rozsądku i czujności, zwłaszcza jeśli podróżujesz solo).
Dziś podzielę się wspomnieniami związanymi z serwisem, który działa na bardzo podobnych zasadach. Jest to wprawdzie starsza siostra couchsurfing.org i już po samej stronie startowej zorientujesz się, że to faktycznie seniorka, ale liczy się efekt końcowy. Strona ta to: http://www.hospitalityclub.org   a jest fajna, ponieważ posiada info i przydatne linki o kilkuset krajach na świecie i jak sami o sobie piszą : we are 328629 friendly members in 207 countries the world’s largest hospitality exchange network!! (czyli zrzeszają w tej chwili 328629 członków w 207 krajach i są tym samym największą bazą wymiany informacji i kontaktów pomiędzy hostami i podróżnikami). 
Na wzór moich wspaniałych hostów z couchsurfingu, o których pisałam wcześniej, dziś wspominam Arianne, aby uświadomić Wam jakie cuda może zdziałać osoba poznana w ten sposób i jak bardzo może Wam ułatwić całą eskapadę, zwłaszcza kiedy jest tak szalona (eskapada, nie osoba;), jak ta nasza, wtedy. Chociaż i sama Arianne do przeciętnych nie należy.

Mój kolega Rafał przed wyjazdem poprzez tę stronę spotkał właśnie Arianne, Filipinkę mieszkającą w Jakarcie, która została “naszym człowiekiem w Indonezji” podczas miesięcznej wyprawy do Azji, Australii i Nowej Zelandii. Niesamowite, ile ta kobieta dla nas zrobiła, aby wszystko poszło gładko i bez problemu, łącznie z rezerwacją taksówki z lotniska w Denpasar do Sanur na Bali (bo ma znajomego taksówkarza), noclegów (bo zna żonę jakiegoś dygnitarza, który ma duże zniżki w Werdhepura Village:) załatwieniem zdezelowanej łodzi na Gili Trawangan (bo mówi w języku tubylców) czy znalezieniem mega atrakcyjnych luksusowych noclegów w nowo otwartym 5* hotelu na Gili na jakimś tamtejszym indonezyjskim Grouponie, które okazały się całkiem na naszą kieszeń:). W prezencie dostaliśmy też od niej po 2 pary nowych spodni North Face’a, bo gdzieś wyhaczyła korzystną promocję. Skąd znała nasze rozmiary? No idea!

Arianne spędziła z nami cały czas przeznaczony na wyspy Gili i Bali. Oczywiście bez niej też dalibyśmy radę, ale o ileż to wygodniejsze i przyjemniejsze. Tak, że moja rada do włóczykijów brzmi: nie bójcie się kontaktów z ludźmi i korzystajcie z pomocy, jeśli ktoś ją Wam bezinteresownie oferuje. Korzystajcie z dobrodziejstw internetu, bo to jest super wynalazek!  

Chcesz poczytać więcej o Indonezji i Arianne, kliknij na: http://legrandbleu.geoblog.pl/wpis/156913/sanur-1-doba-na-bali

*Jeśli interesuje Cię, jak tanio podróżować w każdym wieku i mieć z tego frajdę – polecam Ci mojego e-booka, o którym więcej dowiesz się w zakładce SKLEP

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *