Jeszcze jedno portugalskie wspomnienie związane ze stylem życia i językami.

Niedziela 26 X 2014. Dziś w nocy nastąpiła zmiana czasu na zimowy. Jestem umówiona z Kasią (Kasia Wrona) o 9.30 w Odiaxere i mamy pojechać na pchli targ. Nie przewidziałam jednak, że mój super inteligentny smart phone sam sobie przestawi godzinę i zdublowałam zmianę czasu, co w efekcie doprowadziło do tego, że będąc w słodkiej nieświadomości, krzątając się w swojej kuchni polowej nagle zobaczyłam samochód Kasi. Przyjechała do quinty, bo nie doczekała się na mnie  na skwerku w miasteczku. Mamy w planie wyjazd na pchli targ w Barao San Joao – maleńkim miasteczku w artystycznym klimacie. Imprezie towarzyszy rodzinno-hipisowski charakter, dużo jest włóczykijów i wagabundów, którzy podróżują campervanami i sprzedają albo rzemiosło, rękodzieło albo wyprzedają swoje klamoty, tak jak np. para polsko-łotewska, która przyjechała z Irlandii campervanem kupionym w Polsce. Ceny bardzo prowokujące – zaczynające się o 50 centów. Walczę jednak z pokusami i nie kupuję nic. Nie po to zorganizowałam u siebie w domu Pchli Targ przed wyjazdem z PL, żeby teraz znów zacząć gromadzić.

Z Kasią żegnam się po 11-tej i mam jeszcze ponad 2 godziny na obchód miasteczka i targowiska, bo o 14-tej zgarnia mnie Karolina (Felt Fury) i jedziemy na kolejną imprezę do sąsiedniej wsi Barao Sao Miguel na otwarte dla znajomych wydarzenie Listeners’ Club.

Na zaimprowizowanej w dużym pokoju scenie każdy, kto ma na to ochote, może wystapić jako muzyk, śpiewak, recytator czy mówca. W kuchni  za kilka euro są dostępne dania wegetariańskie i kubek wina. Towarzystwo bardzo różnorodne, zazwyczaj hippie style, wegetarianie, żyjący blisko natury lub podróżujący w campervanie. Mnóstwo dzieciaków, wszystkie co najmniej dwujęzyczne, ale zazwyczaj trzyjęzyczne. Dzieci Karoliny mówią po polsku, portugalsku i angielsku – ten ostatni jest wspólny dla wszystkich bawiących się razem dzieci, bo Portugalia to mały tygielek narodowościowy. (pisałam o tym we wcześniejszych postach o Portugalii). Wszystkie mają piękny brytyjski akcent… .

Z doświadczenia wiem, że najskuteczniejszą szkołą językową dla dzieci jest integracja z grupą rówieśniczą. Dzieci zawsze znajdą sposób, żeby się dogadać, bo celem jest wspólna zabawa. Nie mają blokad, zahamowań, nie czują wstydu, że coś źle powiedzą. Dzieci to dzieci – szczerość i naturalność będą zawsze ich sprzymierzeńcami.
Może jest to sugestia dla ambitnych rodziców, którzy swoje dzieci od 1 roku życia wysyłają na kursy Helen Doron w Polsce? Może kilkumiesięczny (wakacyjny?) pobyt w Portugalii czy innym kraju, w którym angielski jest powszechnie używany, wystarczy?:)

*Jeśli interesuje Cię, jak tanio podróżować w każdym wieku i mieć z tego frajdę – polecam Ci mojego e-booka, o którym więcej dowiesz się w zakładce SKLEP

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *