2 lutego to Dzień Świstaka, czyli Groundhog Day. Z czym Wam się kojarzy ten dzień?  Mnie niezmiennie ze świetną komedią z Andy MacDowell i Billem Murrayem. W roku 2015 w tle pojawił się również Salzburg.

Począwszy od 2015 do teraz spędzałam go co roku gdzie indziej. 5 lat temu, o czym nie omieszkał wspomnieć Facebook, sezon zimowy spędzałam w austriackich Alpach, a 2 lutego dokładnie 5 lat temu, zdarzyło mi się być w (bardzo kulturalnym 🙂 Salzburgu. O tym, co robiłam w Austrii możesz przeczytać tu: http://nigdyzapozno.pl/austria/
Co się wtedy wydarzyło (oj, były przygody ;)?  Dziś reminiscencje z Dnia Świstaka u Mozarta 🙂

Wczoraj Julia zaproponowała mi wspólną wycieczkę do Salzburga, ponieważ ma dzień wolny. Julia pracuje dla bogatej rodziny z Wiednia jako baby-sitter. Jej pracodawcy często przyjeżdżają do Kitzbuehel na urlop. Poza pracą Julia robi kurs przedszkolanki i taki zawód chce wykonywać w Austrii.

Ja w zasadzie mam dzień wolny codziennie, toteż z radością przystaję na jej propozycję, bo i tak miałam w planie zobaczyć miasto, tylko nie chciało mi się jechać samej. Znalazłam specjalny bilet kombi, obejmujący podróż pociągiem tam i z powrotem oraz autobus miejski i zwiedzanie dwóch domów Mozarta (miejsce urodzenia i zamieszkania).

Pociąg w poniedziałek rano odjeżdża o 8.19. Wcześniej zrobiłam rozpoznanie terenu w kwestii parkowania, więc już wiem, że mogę samochód zostawić przy głównym budynku dworca na parkingu, po uprzednim zgłoszeniu się z biletem do biura z numerem rejestracyjnym samochodu – na tej podstawie dostaję kwitek, który uprawnia mnie do bezpłatnego parkowania przy dworcu – zostawia się go na przedniej szybie auta. Ma to sens. Nikt ci nie zajmuje miejsca parkingowego; są przeznaczone tylko dla podróżujących. Julia wsiada przystanek wcześniej na Hannehkamm Banhof i zajmuje miejsca, aczkolwiek jest to zbyteczne, bo pociąg jest pusty.

Pogoda nam nie sprzyja, od rana jest mgliście, sypie śnieg i jest pochmurno. Trochę szkoda, bo trasa pociągu wiedzie przez góry, a sam Salzburg otoczony jest Alpami, więc przy słonecznej pogodzie byłoby bardziej malowniczo. Zaczynamy od kawy w dworcowej kawiarni i bezglutenowego ciasteczka, a następnie autobusem nr 6 jedziemy 3-4 przystanki do Mozart Wohnunghouse. Potem spacerkiem docieramy na Stare Miasto i tym razem eksplorujemy dom, w którym urodził się Mozart, ale nie jest to jakoś szczególnie porywające miejsce. Mnóstwo listów, pamiątek i historii rodzinnych. Miejsce polecam tylko tym osobom, które są szczególnie zafascynowane biografią Mozarta i jego epoką.

Wygłodniałe i lekko zmęczone idziemy na lunch do Nordsee – baru restauracji z rybami i owocami morza. Zamawiamy łososia z warzywami i lampkę Chardonney, uzupełnioną do pełna i z tego też powodu nie najtańsza 🙂 Całość kosztuje 21 euro, w tym samo wino 6.99.

Potem włóczymy się trochę po mieście i zmierzamy powoli w kierunku kościoła, w którym ma się odbyć koncert z utworami Mozarta, Bacha i innych mniej znanych kompozytorów w wykonaniu duetu: flet poprzeczny/skrzypce. Jak się okazuje – poprzez nasze błędne założenie -kościół nie jest tym, w którym odbywa się koncert, ale z mapy wynika, że jest on tuż, tuż… .Z tym, że nie do końca. Kolejne 15 minut zajmuje nam odszukanie właściwego miejsca, a było ono naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy! Ku naszemu zdziwieniu wejście na koncert jest płatne … 30 euro, jako że spóźniłyśmy się trochę i koncert już trwa. Przy wejściu sprzedaje bilety sympatyczny chłopak w wieku może 17-18 lat. Julia używa swojego uroku osobistego i znajomości niemieckiego, zagaduje i po kilku minutach chłopak wpuszcza nas za darmo. Dość dodać, że w środku siedzi może w sumie 7 osób, zapewne rodzina i przyjaciele występujących:) Kiedy wychodzimy z kościoła, na zewnątrz panuje prawdziwa zima – sypie śniegiem niemożliwie i wszystko jest pokryte białym puchem.

Szczęśliwie, natychmiast też przyjeżdża nasz autobus i na dworcu znajdujemy się 40 min przed odjazdem pociągu, zatem kończymy oczekiwanie w tej samej kafejce, w której piłyśmy kawę rano.

 

Na peronie czeka już nasz pociąg  podstawiony dużo wcześniej, więc zajmujemy miejsca pozdrawiając tego samego konduktora, który jechał z nami rano 🙂 Podróż dłuży się niemiłosiernie, do Kitzbuhel dojeżdżamy po 2.5 h, ale na tym przygoda się nie kończy 🙂 Kiedy chcę wysiąść na moim Haupt banhof w Kitzbuhel nie otwierają się drzwi i nie udaje mi się wysiąść na mojej stacji, tylko 5 minut później na drugim końcu miasta pod ski gondolką. Zaalarmowany konduktor musi otwierać drzwi specjalnym wytrychem, bo tam też bym nie wysiadła.

Sytuacja zmusza mnie do nocnego spaceru przez zasypane śniegiem miasteczko na dworzec główny po samochód, który po całym dniu opadów jest pokryty 30 cm warstwą śniegu. Po 15 minutach wreszcie ruszam do Aurach i po kolejnych 15 min jestem w ‘domu’. Jak zwykle ‘mój’ nissan Navara 4 × 4 ratuje mi skórę w tych warunkach. 

Więcej zdjęć możesz zobaczyć TU 

TABLICA OGŁOSZEŃ

Możesz też śledzić mój fanpage Nigdy za późno na Facebooku, gdzie na bieżąco wrzucam krótsze relacje, zdjęcia i filmiki z miejsc, w których aktualnie jestem.

Jeśli interesuje Cię, jak tanio podróżować w każdym wieku i mieć z tego frajdę – polecam Ci mojego e-booka, o którym więcej dowiesz się w zakładce SKLEP.

Jeśli interesują Cię pomysły na pracę zdalną, zerknij TU.

Aby poznać szczegóły dotyczące nauki języka angielskiego ze mną – kliknij na lekcje na Skype lub zoom.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *