Od końca października 2018 mieszkałam w Andaluzji. Po różnych przejściach małych i dużych znalazłam się tam po drodze z południa Francji, gdzie planowałam zakotwiczyć na długo, a okazało się inaczej. Przeglądając ogłoszenia o pracy w języku angielskim na terenie Hiszpanii natknęłam się na ogłoszenie, w którym zachęcano do aplikowania na stanowisko Ecology Assistant w pięknej Casita Verde na Ibizie w ramach programu Erasmus + i kursu Community Development. „Hmmm…..” – pomyślałam i była to głęboka myśl.. „Na Ibizie mnie jeszcze nie było”. W ofercie znajdowały się też programy w Sewilli i Marsylii, ale tam akurat trzeba było znać przynajmniej podstawy hiszpańskiego / francuskiego. Zatem została mi anglojęzyczna Casita Verde, którą oczywiście zaraz wyGooglałam i już po przejrzeniu ich strony doszłam do wniosku, że to miejsce dla mnie. Casita Verde to samowystarczalna permakulturowa eko-osada  w środku wyspy – miejsce wzorcowe i służące za przykład (stąd cykliczne dni otwarte) założona przed wielu laty przez Brytyjczyka Chrisa Dews’a. Po przeczytaniu zakresu obowiązków i prac oraz wymagań, które trzeba było spełnić, aby aplikować, uznałam, że wchodzę w to:) Czasem się zdarza, że moja intuicja mocno mi mówi, że się coś uda i że powinnam. Tak też właśnie było w tym przypadku. Wysyłając e-mail z potrzebnymi załącznikami jakoś podskórnie czułam, że pojadę na tę Ibizę:)

Na marginesie –UWAGA, wciąż można aplikować na kolejne edycje, ale w 2020 dostępna jest tylko Sewilla i Marsylia oraz trzeba spełnić kilka warunków. Pierwszy to perfekcyjna znajomość angielskiego, ponieważ uczestnik co 2 tygodnie zobligowany jest do wysyłania całkiem obszernych pisemnych prac zaliczeniowych do Londynu, a pozostałe warunki są tutaj: To be eligible applicant must be currently residing within the United Kingdom, have a UK postal address and bank account, and must have the right to live and work in the UK and the destinationcountry. Students are not eligible thus we regret we are unable to accept applications from individuals looking for ‘year in industry’ placements. Treść ogłoszenia brzmiała mniej więcej tak: 

DSC Regen offers a range of PAID work experience placements in Marseille (France) also Seville and Ibiza (Spain) within the Green Economy sector as part of the Erasmus+ work experience programme, funded by the European Union.
These paid placements are 3 months in duration (Flights to Marseille, Seville or Ibiza will be preceded by 3 days preparatory training in London.
In order to support you during your work placement DSC Regen will provide you with the following:
€120 per week subsistence allowance
Shared accommodation (own bedroom, shared living spaces such as kitchen, bathroom)
Language tuition
Flights to and from your destination (including airport transfers in your host city)
Travel medical insurance for the duration of your stay
Ongoing support and local pastoral care for the duration of your stay
Positions are open to anyone over 18 years of age who are looking to expand their skills and enhance their future employability.

Website: 
http://www.dscregen.co.uk/erasmusplus
Application form: 
https://forms.gle/d4T95JsrURMTbMBc6

Dla mnie bardzo zachęcająco, a jak się później w drodze rekrutacji okazało – Ibiza to była jeszcze zupełnie inna bajka, chociażby dlatego, że nasze zakwaterowanie stanowiła … oryginalna mongolska jurta 🙂 Piec typu ‚koza’ i ciepłe kołderki ratowały skórę w chłodniejsze noce.

Wniosek aplikacyjny wysłałam w połowie listopada, później odbyłam jeszcze dwie rozmowy na Skype z panią z Londynu i z panem z Casita Verde (to wszystko po angielsku – hiszpański nie był wymagany) i oto na początku stycznia wylądowałam w Londynie, aby odbyć 3 dniowy zjazd szkoleniowo-wdrożeniowy. Noclegi należało sobie znaleźć we własnym zakresie, w czym pomógł mi Airbnb http://nigdyzapozno.pl/airbnb-czyli-tanie-noclegi-ale/.

Po 3 dniach pobytu w miejskim molochu i szkoleniu tuż przy Kings Cross, 11 stycznia wraz z dwiema innymi dziewczynami – Alice i Vanessą z City Airport w Londynie wyleciałyśmy liniami British Airways na słoneczną i przepiękną Ibizę. Koszty podróży były pokryte przez organizatorów. Pierwszy raz było mi dane wylatywać z City Airport – bardzo ciekawe lotnisko wielkości dworca, prawie w mieście, z bardzo dogodnym i szybkim dojazdem linią metra. 🙂 Jako, że z City Airport wylatują głównie w podróże służbowe biznesmeni w garniturkach, my -eufemistycznie rzecz ujmując – ubrane w dość casualowe ciuchy mocno wyróżniałyśmy sie na ich tle:) Miałam wrażenie, że jakoś nie pasujemy do całego towarzystwa… .Vanessa z fryzurą na jeżyka i z piercingiem w nosie i brwiach, ja w kolorowych spodniach w kwiatki, a Alice w czarnych glanach. No cóż, pamiętacie moje motto ze strony tytułowej bloga? „Being weird is your greatest asset”:) I tak było.

 

Mulching – a covering of decaying leaves that is spread over the soil in order to keep water in it or to improve it.

Nasz (mój i Alicji) pierwszy samodzielnie złożony panel do budowy domu. 

Bazą mieszkalną na Ibizie była wspomniana Casita Verde – miejsce na wyspie kultowe i legendarne, przyciągające ludzi różnej maści, otwarte na różnorodność i wolontariuszy z całego świata, a od niedawna też na uczestników programu Erasmus+ w charakterze stażystów / praktykantów. Casita Verde to permakulturowa, prawie całkowicie samowystarczalna wegańska osada, skupiająca wokół siebie stałych mieszkańców, (z których każdy zasługuje na specjalną uwagę, dlatego nie będę o nich pisać teraz) i wolontariuszy tworzących rodzinną społeczność. Nasza – moja i dziewczyn- rola polegała na pełnym uczestnictwie w życiu tejże społeczności, wykonywaniem wszystkich prac przydzielonych w grafiku i z podziałem na role, ale wedle umiejętności i chęci, braniem udziału w warsztatach Sustainable Living, organizowaniem dni otwartych w każdą niedzielę i wysyłaniem dość obszernych pisemnych prac zaliczeniowych na zadane tematy co 2 tygodnie do Londynu. Temat kursu dotyczył Community Development i wokół tego tematu oscylowały wszystkie zaliczenia.

W ostatnim 2 tygodniach brałyśmy udział w projekcie budowy tiny house z euro palet. Było ciężko, ale była to też niezła zabawa i wyzwanie. Zobacz zdjęcia: https://www.casitaverde.com/tiny-house-build

W tle majaczy moja postać i również gdzieś tam się na niektórych fotkach przewijam:)

 

Kawa zawsze ratowała nam życie i była pretekstem do przerwy:)

To co mi najbardziej utkwiło w pamięci i czego brakuje do dziś to REWELACYJNE WEGAŃSKIE JEDZENIE przygotowywane przez naszego szefa kuchni Rob’a – entuzjastę i promotora kuchni roślinnej i ekologicznej, w większości przygotowywanej z lokalnych produktów. Dość dodać, że głównymi składnikami naszych potraw były migdały prosto z drzewa łuskane przez nas (niesamowite, ile rzeczy można z nich wyprodukować), a także pomarańcze i cytryny na tony od sąsiada. Rob spędził w Casita ponad 2 lata, ale niedługo po nas z powodów rodzinnych musiał wyjechać i wrócić do UK. Zostawił jako spuściznę po swojej tam obecności wspaniale wydaną książkę kucharską z wegańskimi przepisami, która jest udostępniona na stronie: https://www.casitaverde.com/vegan-recipe-book

Tak, to było z pewnością najlepsze jedzenie, jakie spożywałam w życiu i tego mi bardzo, bardzo teraz brakuje, tzn. brakuje mi takiego szefa kuchni, który by mi te dobre rzeczy gotował;)

Pożegnalne czekoladowo-malinowe ciasto od Rob’a. Nie przesadzę jeśli powiem-orgazm kulinarny.

Specjalnością Casity był słynny aloe vera juice z ekologicznie uprawianych w ogrodzie aloesów. Polecam, bo jest pyszny i hiper zdrowy. Innym świetnym napojem była kawa z karobu (carob coffee) która bardziej przypominała napój czekoladowy, ale ze względów marketingowych przyjęliśmy nazwę ‚kawa’:) Hitem był całkowicie wegański omlet hiszpański, którym zostałyśmy uraczone podczas powitalnej kolacji. Ciekawe, kto zgadnie z czego, skoro nie z jajek;)

W dniu wolnym odpoczywaliśmy lub najczęściej eksplorowali wyspę. Ja czasem kończyłam moje zaliczenia, bo oczywiście deadline’y to nie była moja mocna strona w tamtych okolicznościach;)

Fot. Vanessa Graham. Wieża Piratów z widokiem na magiczną Es Vedra.

Jakie są moje obserwacje związane z samą Ibizą? Nasze pierwsze skojarzenia z wyspą mają zazwyczaj jeden konkretny podtekst: całonocne imprezowanie, dragi i alkohol. Latem zapewne tak jest, ale tylko tam gdzie są kluby, a te są skumulowane w jednej części wyspy, blisko Ibiza Town. Po sezonie wszystko cichnie, więc można zobaczyć wyspę z tej drugiej strony. Podobnie jak w Hiszpanii lądowej (Andaluzji) czy Portugalii żyje tu mnóstwo alternatywnych społeczności; ludzie mają otwarte umysły, artystyczne dusze, są kolorowi i pełni pasji. Najczęściej żyją blisko natury i w zgodzie z matką ziemią – uprawiają ogródki permakulturowe i starają się na tyle, na ile sprzyja im przyroda żyć samo-wystarczalnie. Na Ibizie jest to zdecydowanie łatwiejsze, choćby ze względu na klimat, liczbę słonecznych dni w roku i dostęp do warzyw i owoców przez cały rok. Tam projekty typu ‘tiny house build’ czy mieszkanie (przynajmniej na początku) w campervanie są na porządku dziennym, a życie w jurcie czy szałasie nikogo nie dziwi. Międzynarodowi nomadzi osiedlają się z dala od dużych miast i klubów i znajdują swoje miejsce tam, gdzie jest cisza, spokój i cykanie świerszczy. Jedni otwierają ośrodek jogi i medytacji, inni tworzą przepiękne rękodzieło i sprzedają je na lokalnych targowiskach i festiwalach, inni jeszcze grają na instrumentach, śpiewają, żyją… .

Czy polecam Ibizę po sezonie? 3 x TAK!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *